Czy to na pewno Twój cel?

W trakcie pracy coachingowej zawsze przychodzi taki trudny moment, w którym następuje swoisty regres naszego entuzjazmu. Początkowa euforia, zapał, robienie wszystkiego na raz, słowem „życie swoim nowym celem” jakby traci prędkość. Nagle okazuje się, że nam się nie chce, że wynajdujemy sto powodów, dla których nie jesteśmy w stanie pracować nad realizacją tak pieczołowicie przygotowanego przez nas celu. Co wtedy powinniśmy zrobić? Ja zadaję wtedy moim klientom jedno bardzo ważne pytanie: czy to aby na pewno Twój cel?

Człowiekowi wydaje się, że zawsze ma kontrolę nad swoim życiem, a zwłaszcza podczas coachingu i że realizuje (a wcześniej stawia sobie) swoje cele. Widzę to nie tylko u dorosłych, ale także u młodzieży (a może zwłaszcza u niej). Typowy dialog, który nie raz prowadziłem na pierwszych zajęciach jako korepetytor do matury:

„Po co ci te korepetycje?”

„Jak to po co, no przecież chcę zdać maturę z satysfakcjonującym mnie wynikiem.”

„A jaki jest - według ciebie - wynik, który cię usatysfakcjonuje?”

„Taki, że rodzice wreszcie przestaną się mnie czepiać za naukę.”

„To w końcu kto chce mieć te korepetycje do matury: ty czy rodzice?”

„No, oczywiście, że ja i rodzice.”

Często muszę na pierwszych zajęciach tłumaczyć młodemu człowiekowi, że rodzice już swoje matury zdali, a ta, która będzie, to już nie ich sprawa, tylko tego, kto będzie ją zdawał. I o ile z młodymi ludźmi - choć często po długich tłumaczeniach - w końcu dochodzi się do porozumienia, o tyle z dorosłymi nie zawsze tak jest.

Ktoś przychodzi na coaching pełen werwy i nadziei, a po jakimś czasie przygnębiony stwierdza, że to, co sobie wymyślił, to nie jego cel, tylko np. współmałżonka. Często mają tak kobiety, które chcą schudnąć dla męża lub partnera. Kiedy pytam, co partner będzie z tego miał, od razu odpowiadają, że ładną i zgrabną kobietę przy boku. Ale gdy pada pytanie o to, co one będą z tego miały, odpowiedź jest zawsze lub prawie zawsze jedna i ta sama: No, jak to co? Oczywiście, że partnera! Wtedy złośliwie dopytuję, czy nowego…

W ogóle nie widzą siebie w tym celu, nie osiągają go dla siebie, dla własnej satysfakcji, szczęścia, radości, lepszego samopoczucia. Owszem, może się udać. Ale częściej może się nie udać. Dlaczego? Ano dlatego, że osiąganie cudzych celów działa tak samo, jak robienie jakiejś pracy za kogoś. Zgadzam się, że czasami nie ma wyjścia. Ale jeśli idzie o rozwój osobisty, o coaching, to przypominam – to jest nasz rozwój, nasz coaching, nasze cele.

Jak myślisz, czy Leonardo da Vinci malował obrazy, żeby ludzie go podziwiali, czy dlatego, że lubił malować? Rozwijać się? Tak, są taki obrazy jak słynna Monalisa, tworzone na zamówienie. Ale jestem przekonany, że wielki Leonardo nie podjąłby się pisania symfonii czy zaśpiewania piosenki i nie chodzi nawet o umiejętności tylko o bardzo prostą rzecz – o chęć. Po co mam wkładać wysiłek w nauczenie się śpiewu, skoro mnie to raczej nie kręci, nie cieszy? Mogę sobie poświstać pod nosem, ale lepiej malować Monalisę, niż tracić dni, tygodnie lub miesiące i nauczyć się pisania partytur lub gry na organach po to tylko, aby wytracić impet entuzjazmu w drodze do celu i stwierdzić, że to symfonia to nie mój cel.

Nie porównuję się z da Vincim, ale ze mną było podobnie, gdy jako dziecko chodziłem do szkoły muzycznej. Nie byłem wysoki, a więc i dłonie miałem raczej niewielkie, a chodziłem do klasy skrzypiec. Są skrzypce w domu, po znanym wujku, „będzie nowy Menuchin” ktoś zawyrokował. Początkowy entuzjazm opadł bardzo szybko, gdyż - z oczywistych względów - grałem raczej na skrzypcach dla początkujących dzieci. Inne były po prostu za duże. Te mniejsze wydawały dźwięki podobne do tych, jakie słyszy się w tartaku, a nie w filharmonii. A jak dodamy do tego jeszcze nauczycielkę, która nie widziała żadnych pozytywów w mojej grze, tylko same wady, ganiąc za każdy źle wydobyty ze „skrzypeczek” (bo trudno było tamto małe pudełko nazwać skrzypcami) ton, to chyba łatwo się domyślić, jak szczęśliwy byłem, gdy wreszcie ową szkołę muzyczną skończyłem, z zadowoleniem w oczach, zdającym się mówić: „nigdy więcej skrzypiec!” Do dziś - choć w jakiś sposób przeprosiłem się z moim pierwszym w życiu instrumentem (gram jeszcze na kilku innych) i odkrywam go na nowo - zawsze biorąc skrzypce do ręki, czuję jakąś niezrozumiałą do nich awersję. Niby są moje, ale nie są moje! To inni chcieli, abym na nich grał. Ja chciałem grać na czymś innym lub w coś innego. Najlepiej w piłkę nożną.

Cel, marzenie, zamiar, wyzwanie powinno być nasze. Najbardziej nieszczęśliwi są ludzie, którzy realizują cele lub marzenia innych. I zostając w temacie skrzypiec, najsłynniejszy w historii od nich specjalista, wirtuoz nad wirtuozami Niccolo Paganini, jako dziecko był w dosyć specyficzny sposób motywowany przez swojego ojca do ciągłego ćwiczenia gry. Otóż Paganini senior, chcąc, aby syn w przyszłości był wielkim skrzypkiem, często zamykał go w piwnicy i grożąc brakiem snu czy posiłku, wymuszał na przyszłym wirtuozie kolejne, mozolne godziny grania. Jako dorosły człowiek Paganini - jak opisują go biografowie - był zgorzkniały, nieufny wobec ludzi, zaborczy i pazerny. Ponoć sam siadał w kasie biletowej, gdyż panicznie bał się, że ktoś odbierze mu pieniądze za sprzedaż wejściówek na jego koncerty. A swojego jedynego syna, Arystotelesa Paganiniego, który nie był wybitnym skrzypkiem, po prostu nienawidził.

Mnie w dzieciństwie, w trakcie nauki gry na skrzypcach, podawano tylko pierwszą część tej tragicznej historii, że niby Paganini znosił takie poświęcenie. Efekt był odwrotny – bałem się po prostu sam schodzić do piwnicy! Pomijam już fakt, że przez to nienawidziłem skrzypiec jeszcze bardziej…

Reasumując, jesteśmy w stanie zrealizować cele, nawet te narzucone nam odgórnie. Ale jeśli nam coś nie idzie (a na pewno nie będzie nam szło, jeśli cel nie jest nasz), to może warto zadać sobie pytanie: czy ja robię to dla siebie? co ja będę z tego miał? czy obrany cel jest aby na pewno mój własny?

Komentarz