Każdy moment jest dobry, żeby zacząć... pracę nad sobą

„Od pierwszego zaczynam, ale tak naprawdę, na pełny gaz!”, „Od poniedziałku - cała naprzód!”, „Od nowego roku zaczynamy, ale tak na poważnie!”, „Dobra, jest za piętnaście, tak? Zaczynamy o równej godzinie. Ale teraz…”

Znacie to? Chcemy zmiany, chcemy czegoś nowego, rysujemy lub zapisujemy wielkie plany, drobiazgowo podkreślając każdy szczegół, określając zakres i czas. Ale dajemy sobie również jakieś margines błędu. Od jutra, od poniedziałku, od nowego roku, od równej godziny. To jak to jest z tym zaczynaniem? Dlaczego w styczniu na siłowniach panuje tłok, jak w supermarkecie podczas promocji, a w marcu (często już w lutym) są pustki? Dlaczego potrzebujemy wielkiej daty, wielkiego dnia – nowego dnia, żeby zacząć? A może nie potrzebujemy, tylko niepotrzebnie generujemy tę potrzebę?

Gdy zaczynałem moją przygodę z ciężarami, nie notowałem niczego. Po prostu szedłem na siłownię i przez godzinę dźwigałem. O dziwo, zacząłem mieć wyniki oraz formę. Później, pod wpływem obserwacji innych trenujących, zrozumiałem, że „trendy” jest posiadanie zeszytu i notowanie ile serii odbyłem, jakie kilogramy spaliłem, jakie tętno spoczynkowe, itp. Później nastąpił etap szczegółowego planowania. I wiecie co? Przestałem chodzić na siłownię! Nie z powodu braku czasu, pieniędzy, ale… z powodu zbytniego perfekcjonizmu. Wystarczyło, że kilka razy nie zrealizowałem swojego pieczołowicie wyrysowanego w zeszyciku planu i koniec. Dziś na siłownię chodzę, ćwiczę również w domu, notuję – a właściwie tylko zapisuję, co będę robił (potem najczęściej kartki z zapiskami wyrzucam). Podczas treningu skupiam się wyłącznie na treningu, a nie na pisaniu o nim. Podobnie jest z pracą nad sobą.

Dzień w, którym planujesz rozpoczęcie pracy, treningu, studiów, odchudzania itp. nie jest jakimś ważnym dniem! jest to po prostu dzień, jak każdy inny. Pewnie nie uzyskasz żadnych efektów, pozytywnych rezultatów, nie schudniesz (jeśli rozpoczynasz dietę) ani grama pierwszego dnia, bo to dzień, jak co dzień. Ten dzień nie będzie doskonały tylko dlatego, że ty rozpoczynasz jakiś proces. Wiele osób poddaje się, gdy dowiaduje się o tej „strasznej” prawdzie. No i co wtedy? Nic! Właśnie o tym nic rozmawiamy. Jeżeli nie uda ci się rozpocząć diety, szkolenia, treningów od pierwszego, od poniedziałku czy od nowego roku to naprawdę nic się nie stanie. Dlaczego? Bo zawsze możesz zacząć drugiego lub we wtorek. Uświadom sobie, że dzień nie do końca doskonały, czyli nie wiążący się z jakąkolwiek okrągłą czy początkową liczbą, to nie jest wyznacznik porażki. Kiedy zatem zacząć pracę nad sobą? Zawsze, kiedy masz ochotę! Nie czekaj, nie odkładaj, nie przejmuj się, że twój plan utknął, bo akurat coś wypadło. Jutro też jest dzień, kolejny dzień, kolejne szanse. A może dziś jeszcze zdążysz zrobić cokolwiek? Jakąś część swojego pięknego i dokładnego planu?

Często jest tak, że jak się nie udaje np. z dietą, to znaczy jestem pięć dni na diecie i szóstego już nie daję rady i bach – porcja frytek atakuje odzwyczajające się od niej podniebienie, uderza nas mechanizm perfekcjonizmu. No, skoro mi się nie udało wytrzymać, to jestem do niczego i bach – kolejna porcja frytek. A następnego dnia, pomimo zgagi i bólu brzucha, znów idziemy na frytki (tym razem z sosem) i szlag trafił pieczołowicie przygotowaną dietę. Straszna rzecz się stała, nie wytrzymaliśmy z frytkami. I to po pięciu dniach diety. No i co? No i nic! Pięć dni wytrzymaliśmy. Jesteśmy w stanie, mimo niepowodzenia, trwać dalej na diecie. Zobacz, wielu z nas zarzuca swoje pomysły na zmiany, dobra passa zostaje przerwana. Po co się dalej starać? Lepiej ponurzać się w niepowodzeniu. Tymczasem, gdy uświadomimy sobie, że niepowodzenia będą się zdarzać, że nie od razu będą efekty naszej pracy nad sobą, nie od razu dostrzeżemy zmiany, mimowolnie dalej będziemy ten proces podtrzymywać i w nim trwać. Czasem nie będzie nam się chciało iść na trening, czasem skusimy się na gofra z bitą śmietaną, czasem nic nie zrozumiemy z coachingowego webinaru. No i co z tego? Czy wówczas świat definitywnie pokaże nam, że jesteśmy nic nie warci? Nie!

Nieważne kiedy zaczynamy, którego dnia. Ten dzień nie jest ważny z punktu widzenia naszego rozwoju. Ważne jest, abyśmy uznali ten dzień za dzień być może nie do końca doskonały. Planujesz start w maratonie? Super! Piękny cel. Ale może najpierw idź pospaceruj, może potruchtaj, wystartuj za pół roku w jakimś krótszym biegu. Planujesz studia z psychologii? Super! Ale może najpierw zacznij od przeczytania kilku numerów miesięcznika „Charaktery”, może jakaś książka z dziedziny psychologii, może idź na jakiś wykład/ćwiczenia/warsztaty, zobacz film w Internecie. Planujesz zająć się rozwojem osobistym? Ekstra! Ale może najpierw dowiedz się, jak ty postrzegasz rozwój osobisty, poczytaj, pooglądaj. Ale nie pół dnia. Zacznij od 10-15 minut dziennie? Pierwszy krok już zrobiłeś. Przeczytałeś tekst o tym, że dzień rozpoczęcia nie jest ważny.

W ostatnim akapicie jest zapowiedź kolejnego artykułu z tej serii o przycinaniu celów o połowę. Co to może znaczyć? Niedługo otrzymasz odpowiedź, zajrzyj zatem już niebawem na mojego bloga.

Komentarz