Rozwój osobisty jest jak paliwo w samochodzie

Czym są piękne samochody bez benzyny czy ropy? Czym są wielkie lotniskowce bez paliwa? Czym jest komputer bez kabla (lub bez dobrej baterii), wreszcie ile człowiek „pojedzie” bez wody?

To rozwój ukształtował nas w czasie tysięcy lat ewolucji. Rozwój był motorem postępu. Epoki, ery zmieniały się na lepsze, nowocześniejsze. Rośliśmy, potykając się o koło, piec kaflowy, maszynę drukarską czy wyprawy Kolumba. Człowiek bez rozwoju żyłby dziś w stajni - i to w najlepszym wypadku. Ciekawe, kto by był najdoskonalszą formą ze ssaków (mam nadzieję, że nie świnie). Ale zostawmy darwinistyczne wizje w spokoju i zajmijmy się rozwojem osobistym.

Rozwój osobisty, bo o nim mowa, to całokształt działań, które rozwijają nas jako ludzi. Kropka. Proste prawda? Gdyby tak było, nie powstałyby takie zawody jak coach czy mentor. Nie wiedzieć czemu, w pewnym momencie naszego życia (wczesnego życia) tracimy potrzebę ciągłego rozwoju. Jedni uczeni, tacy jak chociażby profesor Ken Robinson twierdzą, że z potrzeby rozwoju osobistego, kreatywności zostajemy wyedukowani w szkole. Systemy edukacji, jak zauważa Robinson, skutecznie pozbawiają nas tychże potrzeb. Wielu ludzi po ukończeniu szkoły nie widzi potrzeby dalszego rozwoju. Po co? Przecież szkołę skończyłem wiele lat temu! Inni zaś, jak na przykład Svend Brinkmann mówią o pułapkach rozwoju osobistego. W swojej książce Poczuj grunt pod nogami. Jak uciec z pułapki samorozwoju autor pisze wprost o manii, chorobliwym trendzie w tzw. pop-psychologii (Kuba Wojewódzki, w jednym z wywiadów z Piotrem Rubikiem, prowokując go, powiedział, że tworzy on sacro-polo. O sprawach opisywanych przez Brinkmanna powiedziałby pewnie jeszcze jędrniej: psycho-polo…), który nakazuje się rozwijać zawsze i wszędzie. Gdzie więc leży prawda? Ano, pewnie tam, gdzie zwykle, czyli gdzieś po środku.

Rozwój osobisty to, jak napisałem wcześniej, całokształt działań. Edukacyjnych, społecznych, duchowych, fizycznych, praktycznych. Pułapką samorozwoju może być, tak sądzę, utożsamianie rozwoju osobistego wyłącznie z jednym z tych obszarów. Do tego dochodzi potrzeba posiadania trenera osobistego od wszystkiego. W sidła takiego błędnego koła prowadzącego w najlepszym wypadku do nudy, wpadają często celebryci, pozując później na instagramach na coachów, mentorów, trenerów. Niestety, w pułapkę tę wpadają również (świadomie bądź nieświadomie) niektórzy coachowie ze znanymi nazwiskami. Ostatnio jeden z takich przedstawicieli coacho–polo wysyłał mi zaproszenie na szkolenie, w którym miał powiedzieć i odkryć tajemnice, co to znaczy być kobietą. Nic w tym nadzwyczajnego poza faktem, że ów „spec” jest mężczyzną…

Rozwój osobisty to całokształt, pewien proces. Nie mylmy go z edukacją, rozumianą jeszcze jako bycie częścią systemu edukacji: uczniem, studentem, słuchaczem. Jeżeli robię coś nowego, próbuję jakichś nowych pasji, szukam swojego miejsca w świecie, podejmuję nowe wyzwania, zmieniam pracę czy poszukuję najlepszej pracy dla siebie, a co za tym idzie czytam, oglądam, uczestniczę, podejmuję decyzje, to świadomie czy nie dokonuję rozwoju osobistego. Uczestniczę w procesie, w którym pobudza się mózg, człowiek jest skupiony na celu („sfokusowany na targecie” jak to mówią w korpo). Rozwijam się. Ale uwaga – nie dlatego, że na szkolenie, kurs, cokolwiek wysłali mnie z pracy. Rozwijam się, bo sam tego chcę. Bo tego potrzebuję. Bo mam prawo zrobić coś takiego dla siebie.

Po co? Rodzic, który uczestniczy w swoim procesie rozwoju (swoim, nie dzieci) będzie lepszym, bardziej świadomym rodzicem. Co to znaczy w swoim procesie? Czyta książki o rodzicielstwie, ogląda programy, filmy na youtube, webinary, uczestniczy w szkoleniach, w grupach społecznościowych, poszukuje ludzi z podobnym nastawieniem i razem na spotkaniach wymieniają się poglądami, doświadczeniami. Co z tego ma? Jest lepszy „w te klocki” niż gdyby tylko zdał się na instynkt. Nikt przecież nie zmusza żadnego rodzica do poszerzania wiedzy, do rozwijania się na drodze rodzicielskiej. To oczywiście nie dotyczy tylko rodzica, ale każdego z nas.

Zapytano kiedyś słynnego boksera Muhammeda Ali, mistrza świata wszechwag, co by robił, gdyby nie został najlepszym bokserem globu. Ten bez wahania odparł, że zostałby śmieciarzem. Po chwili konsternacji dumny bokser kontynuował, że tak, zostałby śmieciarzem, ale zmieniłby podejście. On brałby po trzy, cztery kubły na raz, wprowadził zmiany w działaniu samochodów - śmieciarek oraz starałby się pozyskać wiedzę, jak odzyskać ze śmieci surowce wtórne. Gdy dziennikarz zapytał Alego co by z tego miał, ten odparł: „zostałbym wówczas najlepszym śmieciarzem na świecie!”

Możesz zostać najlepszym uczniem, studentem, rodzicem, piosenkarzem, tapeciarzem, żołnierzem, ministrem, pracownikiem korporacji, kasjerem w supermarkecie. Nawet, jeśli będziesz najlepszy tylko w swoim mniemaniu. Kiedy będziesz kimś takim? Gdy będziesz pamiętać o rozwoju osobistym, o ciągłym i systematycznym podejmowaniu nowych wyzwań.

W jednym z amerykańskich supermarketów, w czasie przedświątecznego szaleństwa zakupowego, widząc przedłużające się kolejki, ochroniarze zeszli ze swoich posterunków i zaczęli pomagać kasjerom pakować zakupy, żeby trochę rozładować tłok. Zobaczył to szef sklepu. Wezwał szefa ochrony i zapytał, kto mu wydał takie polecenie. Ten odparł, że on sam wpadł na taki pomysł i że sklep i tak był chroniony, gdyż cały towar i tak przechodził przez ręce ochroniarzy, którzy pakowali zakupy. A przy okazji zmniejszył się tłok. Następnego dnia szef sklepu, podczas okolicznościowego spotkania, wręczył wszystkim ochroniarzom plakietki z napisem: „PP” – ponad przeciętność. Wszyscy oczywiście dostali upominki, ale później długo jeszcze nosili owe plakietki, jako swoje motto.

A czy ty jesteś „PP” ponad przeciętność? Do zobaczenia w kolejnych postach.

Komentarz